24.11.10

Wyzwanie Misself - dzień drugi

Dzisiaj powinnam zwierzyć się z nielubienia kulinarnego.
Nie uwierzycie - ale żeby dowiedzieć się, jakie są moje antypatie jedzeniowe, musiałam zapytać przyjaciółkę i męża. Jako osoba jadająca bez mrugnięcia okiem to, co inni uważają za łobziegliwość ostateczną, miałam poważny kłopot. A w Misselfowym wyzwaniu jest kilka takich miejsc, gdzie trzeba podać coś, czego się nie lubi.
Przyjaciółka, zapytana o to, czego ja nie lubię jeść, odpowiedziała "Zasadniczo to, co ja uwielbiam. Smażony ser na przykład." Do tej listy spokojnie mogłabym dopisać ziemniaki (parę frytek może być, babka ziemniaczana to inny poziom ziemniaczaności, ale ziemniaków do obiadu wystarczy naprawdę mała łyżka - a najlepiej żeby były kaszą czy makaronem ;))
Mąż, któremu zadałam to samo pytanie, odpowiedział "Szare mięsko w szarym sosie". Fakt. Sztukamięs (pędzi wiatr) budzi we mnie ataki paniki. Nawet z sosem koperkowym. Moje mięsa, robione w domu, są aromatyczne, doprawione i mi odpowiadają - a blade kawałki mięcha pływające w sosie o nieznanym pochodzeniu są dla mnie niejadalne. A już przepisy zawierające zalecenie "wykorzystajmy mięso z rosołu, jest zdrowsze od smażonego i dietetyczne" a potem okazuje się, że mamy je zalać sosem z zasmażką, śmiech pusty mnie ogarnia.
No to już wiecie, czego nie lubię :)

A dzisiaj robię jedną z ulubionych potraw mojej rodziny - gulasz z indyka :)

Brak komentarzy: